czwartek, 8 lutego 2018

Pączki orkiszowe z piekarnika



Nadszedł Tłusty Czwartek. W marketach pączki po dwadzieściakilka groszy, właściwie nie do końca wiadomo z czego zrobione. W chłodniach czekają na swój moment. Staram się po takie pączki nie sięgać, dlatego raz w roku od kilku lat robię swoje. Z masłem, na drożdżach, tyle, że bez nadzienia, bo nadziewać nie umiem. 


W ostatnią niedzielę smażyłam pączki wegańskie i zwykłe, wg ponad stuletniej receptury. Jednak zapach oleju w całym domu (tej takiej smażeliny) mnie nie przekonał, szczególnie, że z powodu smogu okien otworzyć nie idzie (powietrze na zewnątrz śmierdzi), wgryzł się w ubrania i okrasił futra kotów.

Dlatego chcąc tego uniknąć (zarówno tych pączków z marketu, jak i paskudnego zapachu) zdecydowałam się je upiec. 

Jedna ważna uwaga do poniższego przepisu. Jeśli je zrobicie z piekarnika to wyglądają trochę jak bajgle/bułki do hamburgerów. Jeśli je usmażycie w głębokim tłuszczu - będą pączkami. W tym drugim przypadku nie zapomnijcie o dodaniu do ciasta łyżki spirytusu, bądź innego mocnego alkoholu. 


Pączki orkiszowe (z piekarnika)
przepis na około 20 sztuk, oryginalny od @panisernikowa


550g mąki orkiszowej typ 450 lub 500
230ml ciepłego mleka (takiego w temp. około 40'C)
80g cukru (u mnie trzcinowy, ale nie ma to większego znaczenia)
120g masła (nie z lodówki)
1 jajko całe i 1 żótko
25g świeżych drożdży (może być nawet 30, mąka orkiszowa ma mniej glutenu niż pszenna) 
5ml (1 łyżeczka) ekstraktu z wanilii
5g (1 łyżeczka soli)

Jeśli smażycie:
1 litr oleju rzepakowego
1 łyżka spirytusu (dodajcie do ciasta w punkcie drugim)

1. W kubeczku mieszam drożdże z kilkoma łyżkami mleka, łyżką mąki i łyżką cukru. Odstawiam w ciepłe miejsce na około 15-20 minut.
2. Do misy miksera (można to zrobić ręcznie - wówczas po prostu do dużej miski) wrzucam wszystkie składniki. Łączę je ze sobą i wyrabiam hakiem przez 4-5 minut. Ciasto po tym czasie powinno być sprężyste. Jeśli robicie ręcznie to należy wszystko przełożyć na obsypaną mąką stolnicę i solidnie powyrabiać przez 4-5 minut. 
3. Przekładam ciasto do miski, przykrywam ściereczką i odstawiam do wyrośnięcia przez 40-45 minut. 
4. Po tym czasie rozwałkowuję ciasto na grubość około 1cm. Za pomocą szklanki lub wykrawaczki wycinam kółka (u mnie 5cm) i za pomocą kieliszka mniejsze w środku. Układam na blaszce, przykrywam ściereczką i daję wyrosnąć przez 15 minut. 
5. Włączam piekarnik, bez termoobiegu na 180'C. Piekę około 15 minut.

W przypadku smażenia pomiń krok 5. 
6. Rozgrzej olej w garnku o szerokim dnie. Smaż pączki na złocisty kolor. 

Polewa malinowa:
garść mrożonych malin
cukier puder (wyjdzie około 100g, ale zasadniczo trzeba dodawać stopniowo)
skórka z 1 cytryny, otarta
sok z 1/2 cytryny
maliny liofilizowane (kupiłam w Piotrze i Pawle)

1. Maliny podgrzewam na patelni, tak by nie były już zmrożone.
2. Przekładam je do wysokiego naczynia blendera ręcznego. Dodaję skórkę z cytryny, sok z cytryny i cukier puder (kilka łyżek). Miksuję. Stopniowo dodaję więcej cukru, jeśli potrzeba. Gotowa polewa ma mieć konsystencję zwykłej śmietany 18, albo porządnego ciasta naleśnikowego (raczej gęsta). 
3. Przekładam polewę do szerokiego naczynia.
4. Zanurzam w niej jeszcze ciepłe pączki i posypuję je pokruszonymi liofilizowanymi malinami.




piątek, 19 stycznia 2018

Najlepszy sernik z białą czekoladą

W zasadzie nie publikuję przepisów, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać. Nie piekę zbyt wiele, najczęściej jednak sięgam po serniki. Do tego stopnia, że przy wszystkich możliwych okazjach jestem proszona o upieczenie jednego. Za każdym razem piekę inny i potem nie mam pojęcia z jakiego przepisu, stąd tym razem, gdy wypiek wyszedł idealny postanowiłam zachować przepis.
Ten sernik z czekoladą (swoją drogą ciężko nazwać białą czekoladę czekoladą, ale to już zupełnie inna kwestia), który udało mi się upiec jest chyba najlepszym, jaki jadłam od dłuższego czasu. Nieziemsko kremowy, nieprzesadnie słodki, zrównoważony dzięki malinom. Po prostu pyszny. Mimo tego, że nie wymaga dużo pracy to trzeba się uzbroić w cierpliwość i zarezerwować sobie z 6-7 godzin na jego przygotowanie. Czemu? Bo jak każdy sernik lubi odpocząć w chłodzie.




Sernik z białą czekoladą 
(przepis na jakieś 8 porcji, zaadaptowany z magazynu Delicious)

100g masła, roztopionego
200g bezglutenowych herbatników lub innych ulubionych typu Digestive
500g białego sera (najlepiej sernikowego, np. Piątnicy; ale dobrze sprawdzi się też mascarpone)
150g cukru (można zastąpić około 200g erytrolu)
50g skrobi (ziemniaczanej, bądź kukurydzianej)
3 jajka
skórka starta z jednej cytryny (używam ekologicznej, niewoskowanej) 
sok z jednej cytryny
łyżeczka ekstraktu waniliowego
130g białej czekolady, rozpuszczonej (rozpuść czekoladę w misce nad parą) i ostudzonej do temperatury pokojowej
500g kwaśnej śmietany, 18%
3 garści mrożonych malin, pokruszonych

1. Rozgrzej piekarnik do 160'C. Przygotuj formę (moja ma 23 cm), wyłóż dno papierem do pieczenia, zawiń dół szczelnie folią aluminiową.
2. Pokrusz jak najdrobniej ciastka i wymieszaj z masłem. Wylep masą dno formy. Wstaw do lodówki na czas przygotowywania masy sernikowej.
3. W dzieży miksera (albo dużej misce) utrzyj ser z cukrem. Dodaj skrobię i ponownie dokładnie wymieszaj. Wbij po jednym jajku, każdorazowo dokładnie miksując. Dodaj skórkę i sok z cytryny oraz ekstrakt waniliowy i ponownie wymieszaj.
4. Połącz śmietanę z czekoladą, a następnie wmieszaj do pozostałych składników.
5. Wyjmij formę z lodówki, wylej do niej 1/2 masy serowej, posyp po wierzchu połową zmrożonych malin, następnie wylej resztę masy i zakończ malinami.
6. Wstaw formę do większej, wlej do niej wodę (do tej większej). Piecz około 85 minut, sprawdź po tym czasie. Boki sernika powinny być ścięte, a środek jeszcze luźny. W razie czego podpiecz jeszcze z 10-15 minut. Po tym czasie wyłącz piekarnik i zostaw w nim sernik na kolejne 40-45 minut. Wystudź w temperaturze pokojowej, a zimny wstaw do lodówki na co najmniej 2 godziny (najlepiej na noc).

czwartek, 18 stycznia 2018

Podlaskie Smaki

Podlasie przyciąga mnie co roku od kilku lat. Uwielbiam tam jeździć i poruszać się poza wyznaczonymi ścieżkami.


Tym razem udałam się w moje ulubione rejony na zaproszenie firmy Landbrand, celem lepszego poznania podlaskich producentów, a przy okazji promocji nowo powstającego Podlaskiego Szlaku Kulinarnego. W wyjeździe, brali udział także dziennikarze i blogerzy kulinarni.


W gościnę przyjęło nas Białowieskie Sioło (wcześniej Sioło Budy), gdzie w pięknej karczmie Osocznika przygotowano prezentację podlaskich produktów, z których część mieliśmy za zadanie zamienić w ucztę składającą się z potraw tradycyjnych pod okiem Joanny Jakubiuk, najlepszej orędowniczki tradycyjnych produktów z Podlasia i Białostoczczyzny. 


Przygotowaliśmy kartacze (z nadzieniem mięsnym i wegetariańskim, nawet w dwóch opcjach, w tym z pokrzywą), pierogi (tak samo mięsne i wegetariańskie, a także na słodko ze śliwką z nadzieniem z orzechów - boskie!) i marcinka. Trudno powiedzieć co smakowało najbardziej, natomiast z pewnością najciekawsze były wege kartacze (pyszne!) i pierogi ze śliwką, która moczyła się w miodzie pitnym z trawą żubrową. 




Lokalni producenci opowiadali o swoich wyrobach, o miejscach, skąd pochodzą. Częstowali tym, co przywieźli ze sobą najlepszego, czym chcieli się pochwalić. Wśród wielu produktów zaskakujący był chleb od Zajazdu Dobromil i racuchy z makiem od nich; przepyszne sery korycińskie, wytwarzane z poszanowaniem tradycji, ale też uznaniem dla nowoczesnych metod od Państwa Bielec; niesamowite oleje od Olejowego Raju; przyprawy od Ziołowego Zakątka  i wiele wiele innych. Trudno nie wspomnieć też o niesamowitym miodzie pitnym z trawą żubrową, wytwarzanym metodą winiarską od Dawida Olesiuka z Miodosytni Podlaskiej i wszystkich osobach, prowadzących swoje tradycyjne masarnie, gospodarstwa agroturystyczne czy wytwórcach kiszonek (lista wszystkich wytwórców na samym dole). 








Naszej uczcie towarzyszyła opowieść właściciela Białowieskiego Sioła (dawniej Sioła Bud). Pisałam o tym miejscu już tutaj (koniecznie przeczytajcie o tym miejscu!), nadal wygląda tak samo pięknie, podobno zmienił się tylko szef kuchni, no i chwilowo nie ma sauny.


Z kolei drugiego dnia udaliśmy się najpierw do Dworu Bartnika, w którym znajduje się chyba jedyne w Polsce prywatne Muzeum Pszczelarstwa (i wszystkich rzeczy z miodem i pszczołami związanych). Miejsce zaskakujące w swej formie, oferujące noclegi, imprezy, ale też niezwykłą wiedzę właścicieli (i własny miód!).





Ostatnim punktem programu była wizyta w Bojarskim Gościńcu, znajdującym się we wsi Narewka, w otulinie Puszczy Białowieskiej, nad Zalewem Siemianówka (warto tam pojechać chociażby dla Kirkutu położonego na zboczu). Sam Gościniec znajduje się w budynkach historycznych, jak np. w budynku poczty i dworca; a oferuje gościnę w postaci noclegów, imprez okolicznościowych i wywołującego wzmożoną pracę ślinianek jedzenia. Zaserwowany przez nich sękacz do dzisiaj śni mi się po nocach, a widok z werandy sprawi, że wrócę, chociażby na herbatę z samowara (a tych mają całą kolekcję). 

Na koniec dostaliśmy ogromne paczki z przysmakami od większości wytwórców, które jeszcze przez wiele dni po powrocie wzmacniały tęsknotę za Podlasiem.


Jak widzicie, dwa dni, a smaków tysiące. Czuję niedosyt! Ogromny! Chcę koniecznie jechać na wycieczkę Podlaskim Szlakiem Kulinarnym i spróbować wszystkiego, co producenci i gospodarstwa mają do zaoferowania. 
Jedźcie, najlepiej wiosną i jesienią, bo jest tam niezwykle pięknie!

Lista producentów:
Masarnia "Protasiewicz"





Zdjęcia: Maurycy Śmiałkowski, landbrand.pl

czwartek, 4 stycznia 2018

Bartek Kieżun - Italia do zjedzenia

Mówiłam to już wielokrotnie, czy to na antenie swojego programu w JemRadiu, czy w rozmowach, czy na różnego rodzaju prelekcjach, kuchnia włoska to poniekąd narodowa kuchnia Polaków, a przynajmniej przez wiele lat była dla nas najważniejszą. Zachwytów nad pizzą z budki było co niemiara, restauracje serwujące makarony wyrastały niczym grzyby po deszczu. A wszystko to już od połowy lat 80 ubiegłego stulecia. Po kuchni włoskiej nadszedł czas na kuchnię japońską, ale to zupełnie inna para kaloszy. Wracając do kuchni włoskiej, konia z rzędem temu, co choć raz nie robił domowej wersji spaghetti a'la bolognese (albo nie jadł gdzieś u kogoś). Tym razem mamy jednak do czynienia z książką zupełnie inną, choć o kuchni włoskiej.

O jakiej książce mowa? O "Italii do zjedzenia" Bartka Kieżuna, a jakże, która ukazała się pod koniec zeszłego roku i mimo premiery była przez jakiś czas bardzo trudna do zdobycia, teraz dostępna chyba praktycznie wszędzie. To książka, której trudno nie zauważyć, czy to na półce czy na standach, a to za sprawą niezwykle dobrze zaprojektowanej okładki, przypominającej rysunkiem marmur, z tłoczonymi na złoto literami. Grzbiet jest również zjawiskowy. 

Kiedyś napisałam dla Kukbuka tekst, o tym by odpuścić sobie pisanie książek, gdy nie ma się na nie pomysłu. I widzę, że tym razem autor miał zamysł i nie popełnił błędu wydawania na siłę. Ta książka napisana jest z pomysłem! BA! nie tylko napisana, ale też zaprojektowana i złożona. Generalnie wydaje mi się, że nie należy przejmować się za bardzo podziałem na rozdziały, można go uznać poniekąd za umowny. Ważniejsze są miejsca i związane z nimi historie i potrawy. Czytając je, mam zdecydowaną ochotę spakować walizkę, wsiąść w samolot, bądź samochód (kto jeszcze chce jechać?

mam 2 wolne miejsca!!!) i udać się śladami autora. Tak, bo tu można mówić, o śladach autora. To nie jest książka kucharska, to atlas z przepisami*, albo raczej leksykon, książka o miejscach, o kulturze Włoch, jej historii i jedzeniu (i jego historii także!), dużo mówiąca o autorze, o jego miłości do Włoch, do niezwykłych miejsc, do architektury i do jedzenia. Przepisy są tutaj umieszczone w sposób naturalny i nienarzucający się, książka dzięki nim zyskuje. Zresztą, czytając przepisy, czuję, jak moje ślinianki zaczynają intensywnie pracować. 
Jednak, żeby być uczciwą muszę przyznać, że część zdjęć jedzenia nie powala. Stylizacji potraw dokonał Przemek Krupski, natomiast autor (Bartek Kieżun) wykonał zdjęcia. Nie kocham ich. Serio. To najsłabsza strona książki, może nie wszystkie, jednak, jak wspomniałam część mogłaby być lepsza. Nie zdziwiło mnie to, bo znam zdjęcia Krakowskiego Makaroniarza, jednakże gdy biorę do rąk książkę - moje oczekiwania rosną. Ciężko mi powiedzieć co mi się w nich nie podoba, być może jestem po prostu fanką innej estetyki. 

Nie dajmy się jednak zwariować! Italia do zjedzenia to jedna z bardziej wartościowych książek wydanych w 2017 roku. Zachęca do podróży, do odkrywania, do smakowania. To książka hedonistyczna na wskroś, nie czytajcie jej z pustym żołądkiem, bo oszalejecie!




Plusy:
Minusy:
+ forma i konsekwencja
+ przyjemność czytania
+ "kup bilet i jedź"
+ okładka <3
+ zdjęcia reportażowe
+ kultura!


- zdjęcia jedzenia


Bartek Kieżun - Italia do zjedzenia
Zdjęcia: Bartek Kieżun
Wyd. Buchmann (2017)
Liczba stron: 288
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 69,99zł

Książkę otrzymałam od Wydawcy. 

*atlas z przepisami pojawił się przy okazji książki "Lubię" Moniki Mądrej-Pawlak i Jana Pawlaka, zobaczcie koniecznie 

#bookreview #cookbook #book #bookstagram #cookbooks #ksiazkakucharska #bartekkiezun #krakowskimakaroniarz #buchmann #wydawnictwobuchmann #italia #italiadozjedzenia #kulturakulinarna



niedziela, 24 grudnia 2017

Moje pierwsze śledzie

 Mimo tego, że zbieram książki kucharskie i korzystam z nich właściwie codziennie to, gdy mam przygotować coś absolutnie tradycyjnego o przepis lub inspirację pytam Joasię Jakubiuk (która bywa nazywana Królową Pierogów). Nie znam nikogo lepiej wpisującego się w tradycyjny (czasami podkręcony) klimat. Tak było i tym razem.

Muszę przyznać, że właściwie nigdy wcześniej nie robiłam śledzi, ba ja ich praktycznie nie jadałam. Pierwsze zjadłam może dwa lata temu (sic!), zachęcona przez M. Były genialne. Jednak by odważyć się kolejny raz musiałam darzyć kucharza szczególnym zaufaniem. Następne, których próbowałam były od Maryli Musidłowskiej (pyszne!), z piernikiem, z okazji postnej uczty (jakkolwiek to nie brzmi). 
W czwartek pojechałam kupić matjasy i mając je zupełnie nie wiedziałam jak je przygotować. Napisałam do Asi, a ta przesłała mi kilka przepisów, z których dwa wykorzystałam. Ten tutaj to modyfikacja tataru ze śledzia. U mnie wygląda raczej, jak sałatka, więc zostałam przy takim nazewnictwie. Samą sałatkę robi się raz dwa, jednak musi się przegryźć, więc pewnie zdążycie na Sylwestra!





Sałatka z matjasów
porcja idealna na 4 osoby

2 nieduże filety z matjasa
1 łodyga selera naciowego
3 pieczone pomidory z zalewy (w oryginalnym przepisie były suszone, ja korzystam z pieczonych, są mięsiste i pełne smaku)
1/2 kwaśnego jabłka
1 ogórek kiszony
kilka łodyżek szczypiorku
łodyżka koperku
3 łyżki suszonej żurawiny, pokrojonej
szczypta świeżo zmielonego pieprzu
szczypta polskiej soli, np. kłodawskiej
5 łyżek dobrego oleju rzepakowego tłoczonego na zimno


Matjasa, selera, jabłko i ogórka pokrój w drobną kostkę (o wielkości około 0,5mm). Pomidory pokrój dość drobno. Szczypiorek i koperek posiekaj jak najdrobniej. Wszystkie składniki połącz, a następnie umieść w słoiku i wstaw do lodówki na przynajmniej dobę by smaki się przegryzły. Podawaj z ciemnych chlebem np. z pumperniklem i dobrym masłem. 




Do przygotowania potrawy wykorzystałam olej SemCo.

sobota, 25 listopada 2017

Gosia Molska - Polak NieNażarty


Książka o jedzeniu rzadko kiedy kojarzy nam się z książką o miłości, jednakże wydana właśnie przez Wydawnictwo Zwierciadło pozycja "Polak NieNażarty" Gosi Molskiej opowiada właśnie o miłości.

Miłość ta, może trochę niejednoznaczna, czasami trochę uwierająca to miłość do kuchni polskiej, do jedzenia, obyczajów i ludzi, którzy ją uprawiają. W "Polaku NieNażartym" na ponad 200 stronach to o niej czytamy, z nią mamy do czynienia. Gosia Molska, autorka, przez wiele lat pracowała przy różnych programach telewizyjnych, prowadziła także kilka swoich, w tym dla Kuchni+ i TVP (jeszcze niedawno można ją było oglądać w Bake OFF), dla TVP zrealizowała też program, w którym pokazywała kuchnię polską i ludzi, którzy się nią zajmują.  Można w nim było zobaczyć różne regiony i dania dla nich charakterystyczne. W "Polsce Molskiej" pokazano dużo regionalizmów i lokalnych szefów kuchni. To było coś.

"Polak NieNażarty" to taka trochę książkowa wersja "Polski Molskiej", to też hołd dla wszystkich ludzi, z którymi pracowała. Znajdziemy w niej blogi, które autorka lubi, szefów kuchni, których ceni i celebrytów kulinarnych, którzy zawładnęli sercami (i brzuchami) nie jednego Kowalskiego. 

Ta książka to swego rodzaju bigos, przegląd tego wszystkiego co polska lodówka ma do zaoferowania, ba nawet spiżarka i zapomniane półki w piwnicy. Jest trochę o starych książkach, jest trochę o nowych, jest trochę statystyk i ciekawostek (kto wie ile Polak je mięsa w ciągu roku?), jest też o regionach i przepisy z nich. Znalazło się także sporo informacji o PRLu i tym jak jadano, i o najważniejszych i najstarszych barach, restauracjach i garkuchniach. Molska opisała też trochę zwyczajów gastronomicznych naszych rodaków. Wszystko od sasa do lasa, no bigos. A że my Polacy bigos lubimy, a w Warszawie pod Halę Mirowską chodzimy to pewnie książka znajdzie wielu amatorów. 
Z mojego punktu widzenia to książka o wszystkim i o niczym, nieźle się ją czyta, przyjemnie ogląda, wyciąga trochę wniosków i nowości odnoszących się do polskich kulinariów. Nie jest to encyklopedia,  ale została rzetelnie przygotowana. To raczej worek ze wszystkim co można nazwać polską kulturą kulinarną. Bardzo podobają mi się grafiki, stare zdjęcia. Fajny jest skład. Cudownie, że przy tradycyjnych polskich produktach autorka odwołuje się do ludzi, którzy je stworzyli. 




Plusy:
Minusy:
+ forma (piękna okładka, skład) i format
+ przyjemność czytania
+ papier <3
+ konsekwencja
+ zdjęcia reportażowe
+ "bigos"


- "bigos"


Gosia Molska - Polak NieNażarty
Zdjęcia: Gosia i Leszek Molski (+ zdjęcia kupione, w małej liczbie)
Wyd. Zwierciadło (2017)
Liczba stron: 256
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 69,9zł

Książkę otrzymałam od Wydawcy. 

#bookreview #cookbook #book #bookstagram #cookbooks #ksiazkakucharska #molska #polskamolskiej #polaknienazarty #wydawnictwozwierciadlo #polska #kulturakulinarna

czwartek, 16 listopada 2017

Jedzenie, które leczy - Karolina i Maciej Szaciłło

Gdy usłyszałam o nowej książce duetu Szaciłło byłam zdziwiona, żeby nie powiedzieć zaskoczona. Pomyślałam sobie "kolejna książka bez smaku, na pewno nawiedzona". Czy bardzo się pomyliłam?

Tym razem para przygotowała pozycję nie do końca taką jak zawsze, zdecydowanie większą i pełniejszą, w rozmiarze pełnoprawnej książki kucharskiej, a nie małego poradnika, jakich wydali wcześniej już kilka (najpierw w Agorze, później w Zwierciadle). Swój pierwszy kontakt z ich wspólnymi książkami miałam kilka (bodaj 3) lat temu, gdy ukazała się "Karolina na detoksie". Z tamtej książki przygotowałam prawie wszystko, bo czułam się zmęczona i potrzebowałam wysoko odżywczej, ale jednocześnie lekkiej żywności. Podziałało (zresztą tak samo, jak post dr Dąbrowskiej - kilka dni na samych warzywach poprawiają nastrój, stan skóry i ogólną kondycję). Czułam się pełna energii, a mój kolega, który wówczas ze mną "katował się" obniżoną kalorycznie dawką jedzenia, zupełnie zmienił swoje nawyki żywieniowe i schudł kilka kilogramów (zaczął też ćwiczyć i notować wszystko co zje by liczyć kalorie).
 Książka, z którą mam teraz do czynienia wywołała we mnie mieszane uczucia. Zastanawiałam się, czy "Jedzenie, które leczy" to nie pozycja dla tych wszystkich pseudojoginów. I muszę przyznać, że trochę się myliłam. Z tej książki może korzystać każdy, nawet jeśli nie interesuje go Ajurweda, czy to w formie medycyny czy kuchni.

Sama książka bazuje mocno na teoriach naturalnej medycyny pochodzącej z Indii, mającej tysiące lat i stosowanej z powodzeniem do dziś. W jej pisaniu wziął udział konsultant ajurwedyjski Przemek Wardejn, który na spotkaniu z autorami "skradł im cały show". By zacząć korzystać z niej w sposób świadomy dobrze byłoby dokonać diagnozy, czyli jaka konstytucja przeważa w naszym przypadku, żeby odpowiednio dobrać składniki pokarmowe i dania, tak by nasze ciało funkcjonowało, jak najlepiej. Książka w tym pomaga. W początkowych rozdziałach znalazł się test, po którego wypełnieniu powinniśmy się dowiedzieć "co nam w kiszkach gra". Problem w tym, że na przykład w moim przypadku częstokroć wszystkie odpowiedzi były bardziej lub mniej prawdziwe.
 W dalszej części dowiadujemy się co przygotować by móc gotować, jak zabrać się za swoją dietę w kolejnych porach roku. Najpierw mocno obcinając składniki, później rozszerzając ich wachlarz. Do menu dołączone są przepisy i to one są dla mnie najbardziej interesujące. Wegetariańskie, pachnące przyprawami z całego świata, dosyć proste w przygotowaniu.

Koleżanka zadała mi pytanie, czy rzeczywiście trzeba czytać te wszystkie rzeczy napisane przez autorów by z książki korzystać? Uważam, że to zależy. Można tę książkę traktować jako pozycję "uzdrawiającą", wówczas należałoby wszystko przeczytać i skonsultować się ze swoim lekarzem, przed wprowadzeniem porad w życie. Jeśli jednak ma to być książka po prostu kucharska, rozszerzająca wachlarz potraw, które przygotowujemy w swojej kuchni, coś co dołożymy do swojego codziennego menu - nie trzeba. W takim przypadku możemy zacząć eksperymentować z różnego rodzaju potrawami.
Mnie osobiście w "Jedzeniu, które leczy" najbardziej spodobały się właśnie przepisy, w szczególności te na rzeczy, które można zrobić na później (okey, rozumiem filozofię, mówiącą o kilku godzinach, ale w moim trybie życia po prostu się nie da i masę rzeczy robię dzień wcześniej, wieczorem, by mieć kolorowe pyszności w pudełkach do pracy) i na śniadanie. Warto na to zwrócić uwagę, bo z "Pary w kuchni" nie ugotowałam niczego. Testowałam muffiny, placuszki i napary. Napary zostają ze mną dłużej, dołożę je do lemon ginger honey, który spożywam właściwie codziennie od października do marca by się rozgrzać. Być może, gdy będę miała więcej wolnego czasu to zrobię sobie tydzień lub dwa zgodne ze swoją konstytucją.

"Jedzenie,które leczy" to dotychczas najładniej wydana pozycja tych autorów (chociaż moim zdaniem "Przemytnicy..." Moniki Morozowskiej i Macieja Szaciłło byli super książką!). Pełna jest barwnych, żywych zdjęć, przenoszących czytelnika do dalekich i gorących Indii. Widać pracę, którą włożono w edycję i jej przygotowanie. 
Same przepisy są wykonalne. Choć, jak mówi Karolina, ich główny sprawca i autor - Maciej nie pamięta jakie są w niej przepisy, nie pamięta też co w nich jest. Większość składników udaje się bez problemu zdobyć, czasami posiłkując się internetem, a czasami sklepami specjalistycznymi (cudowny sklep z przyprawami w przejściu podziemnym Dworca Centralnego w Warszawie! <3). Zdjęcia potraw są miejscami trochę prześwietlone. 

Reasumując, z tej książki można gotować nie zagłębiając się w filozofię, jeśli jednak postanowimy gotować zgodnie ze swoim typem - warto skonsultować się z lekarzem czy profesjonalistą. Pozycja jest wydana estetycznie, a przepisy są "gotowalne". Mam świadomość tego, że to wydawnictwo bardzo specyficzne i znajdą się osoby, którym zupełnie się nie spodoba. 



Plusy:
Minusy:
+ forma (piękna okładka, skład)
+ łatwość wykonania
+ papier <3
+ konsekwencja
+ zdjęcia reportażowe
+ postawa autorów
+ cena okładkowa


- zdjęcia potraw
- "czy trzeba w to wszystko wierzyć"
- miejscami dwuznaczność 


Karolina i Maciej Szaciłło - Jedzenie, które leczy
Zdjęcia: Karolina i Maciej Szaciłło, Jarek Tokarski (piękne!)
Wyd. Zwierciadło (2017)
Liczba stron: 296
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 49,90zł

Książkę otrzymałam od Wydawcy. 

#bookreview #cookbook #book #bookstagram #cookbooks #ksiazkakucharska #szacillo #wydawnictwozwierciadlo #ajurweda #health #zdrowie #dieta

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...