piątek, 24 marca 2017

Maia Sobczak - Przepisy na szczęście


Od kilku lat jest jej pełno, uświadamia Polaków, jak żyć zdrowiej, jak jeść lepiej, że jedzeniem można poprawić swój stan zdrowia. Teraz dowodzi, że dzięki jedzeniu można być szczęśliwszym. Mowa o Mai Sobczak, autorce trzeciej już książki kulinarnej - "Przepisy na szczęście".

Niewielka książka, licząca 240 stron, zawiera w sobie historię niesamowitej miłości matki do syna i człowieka do jedzenia. Znajdziemy w niej poszanowanie produktu i chęć wyrażenia emocji poprzez domowe posiłki. Na kartach książki znalazły się zdjęcia, ale nie tylko potraw, są tutaj podobizny Huga - syna Mai, ludzi, których spotkała na swej drodze i produktów. To książka o zbilansowanym (wegetariańskim) jedzeniu i o radości, którą można z niego czerpać. 
Muszę jednak przyznać, że podeszłam do niej z pewną rezerwą, trochę jak pies do jeża. Nie do końca wiedziałam, jak ją ugryźć, od czego zacząć. "Przepisy na szczęście" dostałam na premierze, której towarzyszył poczęstunek, w postaci dań przygotowanych przez Bazar Kocha z przepisów z książki. Po czym ją odłożyłam na stolik kawowy i czekałam, czekałam, aż któregoś dnia zaczęłam przeglądać i wybrałam kilka z przepisów do przygotowania. Okazały się one tak proste i nieskomplikowane, że nawet mój M., posiadający dwie lewe ręce, był w stanie coś upichcić. 
By gotować z tej książki trzeba niestety poczynić niewielkie, ale specjalistyczne zakupy. Należy zaopatrzyć się w przyprawy takie jak chunky chat masalę, sabji masalę czy korzeń galangalu. Większość z nich udało mi się nabyć w jednym sklepie internetowym, nawet nie zbankrutowałam, choć tego obawiałam się początkowo najbardziej.
Sama książka podzielona jest na dwie główne części - dosyć długi wstęp, w którym Maia wyjaśnia co, po co i dlaczego tak, a nie inaczej oraz przepisy. Te z kolei zostały przydzielone do trzech żywiołów: ognia, powietrza i wody. Ten podział związany jest z filozofią Ayurvedy, którą praktykuje Maia. 

Poza koniecznością dokonania zakupów, nie zachwyciły mnie zdjęcia, chociaż mam świadomość, że dokładnie taki mógł być zamysł autorki - to jest zdjęcia ciepłe, domowe, pokazujące co rzeczywiście ma wylądować na talerzu. Kolory nagłówków sprawiły, że trudniej mi się z książki korzystało. A konieczność rozpalenia ogniska by upiec kalafiora do zupy na długo odsunęła mnie od gotowania (ostatecznie opaliłam kalafiora pod grillem w piekarniku - jednak generalnie przypalone jedzenie jest mało zdrowe). 
Jednak daję jej szansę i pewnie wezmę "Przepisy na szczęście" na letni wyjazd do lasu, gdzie będzie pyrkać garnek na żywym ogniu. 



Plusy (+)
+ prostota wykonania dań
+ różnorodność przepisów
+ obietnica szczęścia
+ przyjemność korzystania
Minusy (-)
- konieczność zakupu specjalistycznych składników
- rozpalanie ogniska celem ugotowania zupy
- zdjęcia - nadal uważam, że warto dać zarobić fotografowi
- wybór fontów i ich kolorów
- skład




Maia Sobczak - Przepisy na szczęście 
Zdjęcia potraw: Maia Sobczak
Wydawca: Muza (2017)
Stron: 240
Cena: 39,90zł

środa, 8 marca 2017

5 lat młodsza w 5 tygodni - Agnieszka Mielczarek / Owsianka z piekarnika

Bądź o 5 lat młodsza w 5 tygodni - to brzmi jak cud i obietnica, której spełnienia chciałaby właściwie każda kobieta. To też obietnica, którą składa kobietom Agnieszka Mielczarek i jak twierdzi, robi to z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Chciałabym jej wierzyć.
Obietnica Agnieszki krzycząca z okładki jest prosta - zmień dietę, a odmłodzisz skórę o 40%. Tylko nie do końca wiem co konkretnie może oznaczać odmłodzenie skóry o 40%  i skąd będę wiedzieć, że to już. Chociaż muszę przyznać, że sama autorka wygląda świetnie i pewnie niejedna kobieta w zbliżonym wieku (i młodsze też!) chciałaby jej dorównać. Sama książka składa się z kilku części. W jednej z nich znalazły się przepisy (25), w kolejnej recepty na masaż i pielęgnację twarzy, w następnej wytłumaczenie potencjału antyoksydacyjnego żywności i sensu przechodzenia na dietę. Znalazło się tu też miejsce na pewną formę coachingu i nakłanianie do medytacji. Książkę zamyka notatnik z mandalami do kolorowania, które mają czytelniczkę odstresować (bo to książka dla kobiet).
Zawarte w książce przepisy z założenia mają być bogatoodżywcze, wegetariańskie i o wysokim potencjale antyoksydacyjnym. Autorka wykorzystuje jednak strączki, które zawierają substancje antyodżywcze, i które należy kiełkować by ich się pozbyć. Pojawia się też dużo oleju kokosowego o ambiwalentnej opinii (badania wskazują, że jego właściwości były do niedawna nieco przeceniane i zdecydowanie nie może być traktowany jako panaceum na wszystko). Same przepisy są łatwe w przygotowaniu, zawierają głównie składniki dosyć łatwo dostępne w lokalnych (także tych mniejszych) sklepach. Czy będą smakować? To już zależy od indywidualnego gustu. Ja do swojej kuchni wcieliłam opcję owsianki/jaglanki/gryczanki z piekarnika, dzięki której mogę zaoszczędzić trochę czasu (a owsianki jadam niemalże co drugi dzień- po prostu je uwielbiam, nie z przyczyn zdrowotnych). Przepisom towarzyszą zdjęcia stockowe, które zazwyczaj pokazują mniej więcej to, co powinno wyjść w wyniku skorzystania z receptury.
Z kolei część "coachingowa" czy też medytacyjna wyciągnęła z mojej pamięci książki Beaty Pawlikowskiej, która twierdzi, że leczenie depresji to reset systemu komputerowego i można sobie w trymiga samodzielnie poradzić jeśli się tylko chce (niech to powie pacjentom oddziałów psychiatrycznych). Okey, porady Agnieszki Mielczarek nie są tak daleko idące, ale jeśli trafią na podatny grunt to mogą odnieść przeciwny do zamierzonego skutek.
Na stronach książki znalazło się dosyć dużo światła, ogromne zewnętrzne marginesy sprawiają, że niewygodnie czyta się treści zawarte w poradnikowej części książki. Nie rozumiem też, dlaczego składniki na nieparzystych stronach książki znalazły się raz na lewo, a raz na prawo od przepisu (widać tutaj pewną, nieco niepokojącą niekonsekwencję - a może to przypadek?). Zabrakło mi odniesień bibliograficznych do danych zawartych w książce. A długi link do konta gabinetu autorki na Facebook'u przypomniał, że nie każdy odrobił lekcję z przygotowywania kodów QR, które można zeskanować telefonem i od razu trafić na właściwą stronę.
Ogólny zamysł książki jest ciekawy, przepisy proste w wykonaniu, zazwyczaj gotowe w czasie krótszym niż 30 minut, jednak czasami wymagające wielu składników. Osoby, które poszukują lekkiej kuchni będą zadowolone. Ta książka spodoba się też miłośnikom kolorowanek.

Plusy:
+ wiarygodna autorka
+ proste przepisy
+ różnorodne składniki
+ dużo szczegółowych informacji zdrowotnych
+ dużo ciekawostek






Minusy:
- długa lista składników w niektórych przepisach
- olej kokosowy, strączki
- zdjęcia stockowe
- brak bibliografii
- skład (duże światło, składniki raz po lewej, raz po prawej stronie)




Moja pieczona owsianka, inspirowana książką "5 lat młodsza w 5 tygodni"
2 porcje
1 szklanka płatków owsianych (lub innych)
300 ml mleka kokosowego
1 jabłko starte na tarce
1 łyżka masła orzechowego/tahini/masła z orzechów laskowych
2 łyżki ziaren
po 1/2 łyżeczki cynamonu, kardamonu, goździków mielonych
garść mrożonych malin lub innych owoców

Rozgrzej piekarnik do temperatury 180'C. W żaroodpornym naczyniu wymieszaj wszystkie składniki. Piecz około 20 minut. Podawaj od razu. 


Agnieszka Mielczarek - 5 lat młodsza w 5 tygodni
Zdjęcia autorki: Anna Mioduszewska
Zdjęcia potraw: Shutterstock
Wydawca: Edipresse Książki (2016)
Stron: 224
Cena: 39,90zł

czwartek, 2 marca 2017

Food Pharmacy - Lina Nertby Aurell & Mia Clase

"Opowieść o jelitach i dobrych bakteriach zalecana wszystkim, którzy chcą trafić przez żołądek do ... zdrowego życia. Tej książki nie da się przedawkować!" - patrząc na okładkę, wiemy czego się spodziewać. Jednak, ten opis jest trochę mylący, gdyż książka Liny Nertby Aurell i Mii Clase nie jest typowo naukową pozycją, która po prostu omawia kwestie zdrowia jelit. Wręcz przeciwnie, jest to niesamowicie wciągająca historia o tym, jak można w niezbyt skomplikowany (ale niejednokrotnie wymagający ogromnych wyrzeczeń) sposób poprawić swój poziom funkcjonowania organizmu. 
Autorki "Food pharmacy" nie są lekarzami, naukowcami czy też specjalistami z dziedziny gastro-enterologii czy odżywiania, są jednak pasjonatkami i potrafią korzystać ze źródeł naukowych w procesie poszukiwania (i filtrowania) wiedzy. Na swojej drodze spotkały profesora Stiga, który opowiedział im, jak ważna jest mikrobiota w prawidłowym funkcjonowaniu organizmu, na skutek tego kontaktu założyły bloga i zaczęły zgłębiać literaturę poświęconą oddziaływaniu jedzenia na stan zdrowia. 
Na blisko dwustu stronach opisano, jak funkcjonuje ludzki organizm, skąd się bierze stan zapalny i za co odpowiada (albo raczej czemu jest winien), jak powinien wyglądać idealny talerz i co się powinno na nim znajdować, jak zadbać o siebie i co powinno być w kuchni. Całość okraszono opowieściami, wyrywkami dialogów, twardymi danymi i przepisami. Dodano też kilka zdjęć. Z tyłu książki znalazła się obszerna bibliografia, składająca się w większości z artykułów naukowych opublikowanych w recenzowanych periodykach (na szczęście większość po angielsku - można się z nimi zapoznać).

Warto zauważyć, że autorki nawołują do zrezygnowania z większości zbóż, nabiału i ograniczenia mięsa (SIC!), co dla wielu osób może być trudne. Jednocześnie nie zwracają uwagi na to, jak wygląda jakość ryb i owoców morza, które obecnie dostępne są w sklepach. Jednak, nie dajmy się zwariować - coś jeść trzeba!

Sama książka wydana jest w sposób zjawiskowy. Już okładka zachęca do skorzystania - papier, przetłoczenia, kolorystyka. Wnętrze jest jeszcze lepsze. Grafuk i DTPowiec zadbali by z książki przyjemnie się korzystało, zastosowali coś co w nowomowie można nazwać user experience design. Mam na myśli rozmieszczenie tekstu na stronach, wybór fontów, udział grafik i zdjęć, a także ich dobór. Wszystko to sprawia, że przeglądając tą pozycję odczuwam ogromną przyjemność i zadowolenie, że można wydać w Polsce bardzo ładną książkę, że można trzymać się oryginału, że można podjąć ryzyko (to, że jest ładna nie oznacza z automatu, że Polacy będą chcieli ją kupić - niestety). 

Podsumowując, jest to pozycja, która sprawia wiele przyjemności w kontakcie z nią, a przy tym oferuje sporą dawkę wiedzy i sensownych porad. Wszystkie przepisy są warte wypróbowania (jest ich tylko kilka - ja zrobiłam już shota, krewetkowe łakomstwo i smoothie). Warto!


Plusy:
+ okładka
+ skład
+ fonty
+ zdjęcia
+ elementy user experience design
+ obszerna bibliografia
+ proste (wykonalne przepisy)
+ porady
+ jasny program zmiany - metoda małych kroków
+ podejście zdroworozsądkowe - nie należy się obwiniać, gdy "zgrzeszymy"







Lina Nertby Aurell, Mia Clase - Food Pharmacy
Zdjęcia: Ulrika Ekblom

Wyd. Otwarte (2017)
Liczba stron: 184
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 44,90zł
Minusy:
- wciąż odczuwam niedosyt
- mało przepisów
- brak przepisów dla ludzi o skromnej zasobności portfela
- program nie dla każdego



































środa, 15 lutego 2017

Tomasz Purol - Warzywniak

Warzywa - sezonowe, pradawne, lokalne. Temat wciąż na tyle nośny, że sięgają po niego zarówno blogerzy, jak i profesjonalni szefowie kuchni. W zeszłym roku ukazała się ciekawa pozycja duetu Paweł Łukasik i Grzegorz Targosz (tak, spokrewniony z Rafałem Targoszem, szefem kuchni) - Retrowarzywa. Początek tego roku (2017) należy za to do pozycji Warzywniak, Tomasza Purola, znanego chociażby z programu Top Chef, gotującego w Restauracji Blow Up Hall 5050 w Poznaniu. 

Zapomniane warzywa nie goszczą na stałe w menu Restauracji Blow Up Hall 5050 (na dzień pisania tekstu w menu a la carte Blow Up Hall 5050 nie ma ANI JEDNEJ pozycji zawierającej warzywa, o których jest książka; potrawy zawierające topinambur i pasternak obecne są za to w menu degustacyjnym), a sam autor nie jest szczególnie znany z eksperymentowania z nimi. W związku z tym, z zaskoczeniem przyjęłam fakt napisania na ten temat książki przez Tomasza Purola.
Pozycja ta wpisuje się w pewną strategię wydawnictwa Pascal, stawiającego w ostatnim czasie na publikacje szefów kuchni. W zeszłym roku wydali pozycje Aleksandra Barona, Ewy Maliki Szyc-Juchnowicz i Jurka Sobieniaka. Chociaż nie wyglądają one jeszcze tak, jak pozycje szefów kuchni wydawane przez chociażby wydawnictwa Phaidon (wydają książki Rene Redzepi'ego) czy Murdoch (wydają Peter'a Gilomore'a) to widać światełko w tunelu i na docenienie zasługuje fakt wyciągnięcia tajemnic szefów z kuchennych odmętów.
Książka Tomasza Purola zawiera 208 stron, na których zmieściło się 60 przepisów, podzielonych na 6 rozdziałów (po 10 przepisów każdy - duży plus) odpowiadających konkretnym warzywom: topinamburowi, pasternakowi, brukwi, jarmużowi, kolorowym marchewkom i skorzonerze. Każdy rozdział składa się z opisu warzywa, jak smakuje, gdzie można kupić (bo wbrew pozorom brukiew na przykład kupić jest niełatwo, ale już topinambur i jarmuż dostaniemy w sieci z robakiem), jak przechowywać, skąd pochodzi (bo nie wszystkie są nasze), po co w ogóle jeść to warzywo (no wiadomo, że dla smaku, ale dodatkowo można się dowiedzieć co nie co o wartościach odżywczych), a także co z tym w ogóle zrobić (chociaż topinambur można jeść na surowo to większość osób, o słabym przewodzie pokarmowym i niedostatecznej florze bakteryjnej, będzie cierpieć na ból brzucha i niestrawność od nadmiaru) oraz z części z przepisami. Każdemu daniu towarzyszy jego zdjęcie wykonane przez Juliana Redondo Bueno. Muszę przyznać, że miałam dosyć wyśrubowane oczekiwania dotyczące zdjęć własnych, a rozmiar rozczarowania nimi jest nie do opisania, dość wspomnieć, że to ilustrujące Bulion z perliczki z topinamburem i selerem naciowym będzie śnić mi się jeszcze długo, jako koszmar. Większość z nich jest nieostra i sprawia, że wcale, a wcale nie ma się ochoty próbować potraw na nich widocznych. 




Same przepisy są niezwykle różnorodne i to się chwali autorowi, jednak po ich wnikliwej lekturze trudno mi stwierdzić do kogo ta książka jest skierowana. Jej wygląd wskazuje na osobę, niezbyt wprawioną w kulinaria, ale chcącą spróbować swoich sił, a część przepisów zupełnie na odwrót, autor nakazuje podgrzewać oliwę do konkretnej, określonej temperatury, pewne rzeczy w określony sposób kroić czy też używa skrótów myślowych, których niewprawiona osoba może nie zrozumieć, da się jednak wybrać takie zupełnie nieskomplikowane, których rezultat będzie zaskakujący. Wbrew tytułowi Warzywniak trzeba mieć na uwadze, że nie jest to książka wegetariańska, ba tego typu przepisy nie stanowią nawet większości, bo nawet kremy zawierają bulion mięsny.
Podsumowując, muszę przyznać, że spodziewałam się więcej i czuję niedosyt, z jednej strony spowodowany osobą autora, którego renoma pozwala oczekiwać od książki więcej, z drugiej brakiem spójności, komunikacja, treść, zdjęcia - nie są ze sobą spójne. Jednak nie jest to zła książka, to całkiem niezła pozycja, która pozwala spojrzeć na warzywa nieco inaczej i poznać ciekawe połączenia smakowe, mogące zasmakować zarówno mięsożercom, jak i (w pewnej części) wegetarianom.


Plusy:
Minusy:
+ tematyka "na fali"
+ wstęp teoretyczny (uzasadnienie tematyki książki)
+ wstępy do rozdziałów (gdzie kupować, jak przechowywać)
+ różnorodność przepisów (przystawki, zupy, dania główne i desery)
+ łatwość wykonania większości dań
+ stopki - nazwy rozdziałów
+ obecność bibliografii
- dania, do których potrzeba specjalistycznej wiedzy bądź specjalistycznego sprzętu (m.in. rozgrzanie oleju do dokładnie 170'C)
- skróty myślowe
- brak spójności przepisów (np. w składzie olej, w treści oliwa)
- zdjęcia - nieostre (choćby str. 163, 81, 75), mało apetyczne (str. 51), nierówne - raz lepsze, raz mniej dobre
- skład (za dużo "światła na niektórych stronach" daje wrażenie braku treści)
- brak spójności z wizerunkiem autora (próba zrobienia "zabawnej" książki)
- brak informacji na ile porcji jest dany przepis (czy też wszystkie z książki)



Tomasz Purol "Warzywniak. Zapomniane smaki"
Zdjęcia: Julian Redondo Bueno
Wyd. Pascal (2017)
Liczba stron: 208
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 54,90zł

środa, 2 listopada 2016

Marek Zaremba - Jaglany detoks ...kolejny krok

Pierwsza część książki "Jaglany detoks" stała się bestsellerem, a każdy żywieniowy freak o niej wspominał. Czy tak będzie i w tym przypadku?

Długo zastanawiałam się czy w ogóle pisać o tej książce, czy jej nie pominąć i zapomnieć, że w ogóle miałam ją w rękach i z niej korzystałam. Jednak postanowiłam, że warto. 

Niedawno ukazała się książka Marka Zaremby "Jaglany detoks ...kolejny krok". Autor, jak sam podaje jest dietoterapeutą, specjalistą medycyny komórkowej (tzw. koalicja dr Ratha, odmiana medycyny alternatywnej), terapeutą medycyny św. Hildegardy. Nie podaje jednak swojego konwencjonalnego wykształcenia i doświadczenia. Pozycja jest dosyć obszerna, składa się z 336 stron.
Pierwsza część książki, ponad 200 stron, poświęcona jest temu, jak oczyszczać organizm w zgodzie z Jezusem i religią katolicką. Autor sugeruje, że oddając cześć Bogu (katolickiemu) można żyć w pełni zdrowia i dieta (a także ewentualne oczyszczanie organizmu) powinna być zgodna z Jego prawami. Zabrania też uprawiać jogę. W tej części znalazły się też opisy ziół, przypraw, a także informacje dotyczące funkcjonowania organizmu. Marek Zaremba w barwnych słowach opisuje proces gnicia biała zwierzęcego w układzie pokarmowym i to jak niedożywienie może prowadzić do nadwagi. Szkoda, że jego słowa nie są poparte mocną bibliografią (znalazły się w niej głównie pozycje uduchowione i teksty pobrane z rozmaitych źródeł internetowych bez naukowego zaplecza).
Druga część książki składa się z przepisów na dania, które powinno się zawrzeć w przeprowadzanym detoksie. By z nich korzystać trzeba mieć się na baczności, gdyż właściwie w każdym wypróbowanym przeze mnie był błąd. W przepisie na zupę warzywną autor podał w składnikach m.in. batat i cukinię, których potem nie wykorzystał. W przepisie na zupę z pieczonego kalafiora zapomniał upiec to warzywo. W sałatce z pieczonych buraków użył awokado (tak sugeruje fotografia) - jednak zapomniał o tym napisać. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Niektórzy żartują, że albo mam świetne oko, albo farta, ale w przypadku tej pozycji po prostu "puszczono" szalenie niedopracowane przepisy, w których składniki nie są wykorzystywane lub magicznie zmieniają się w inne w procesie przygotowywania potrawy, a pewne czynności choć zasugerowane nie są wykonywane. Sam pomysł na nie jest niezły, bo przy pewnym wysiłku i własnych próbach smaku można osiągnąć całkiem ciekawe efekty. Jak widać po liczbie karteczek wypróbowałam przepisów sporo. Tylko czy warto ten wysiłek podjąć?
W porównaniu z "Jaglanym detoksem" w tej pozycji zamieszczono zdecydowanie lepsze zdjęcia. Do tego wybrano przyjemne fonty (zgodne z poprzednimi książkami Marka Zaremby), zachowano też miły w odbiorze papier.

Marek Zaremba "Jaglany detoks ...kolejny krok"
Wyd. Pascal (2016)
Liczba stron: 336
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 49,90zł

wtorek, 25 października 2016

Jedz brudniej (i czuj się lepiej)

Są takie książki, które powinien przeczytać każdy zajmujący się zdrowym odżywianiem, albo zdrowiem w ogóle. Tym razem w moje ręce trafiła właśnie taka pozycja.


"Jedz brudniej" to książka o tym, jak wiele złego może wyrządzić zbyt czyste jedzenie, czysty dom i serie leków przyjmowane na wszystkie, nawet najdrobniejsze dolegliwości. Josh Axe, praktyk zdrowego odżywiania, certyfikowany specjalista odżywiania (Certified Nutritionist) i specjalista medycyny naturalnej opisuje wiele możliwych konsekwencji podpierając się wieloma case study (w tym przypadkiem swojej mamy) oraz bogatą, solidną bibliografią (głównie artykuły, które można przyszeregować do gatunku Evidence Based Medicine). Podtytuł tej książki - "czuj się lepiej" - wyraża efekt, który można osiągnąć stosując się do porad doktora Axe (ma tytuł doktora medycyny naturalnej). Za jego radami przemawia fakt, że pomagał amerykańskiej drużynie pływackiej przed jedną z Olimpiad i jest uważany za jednego z ojców sukcesów Michaela Phelpsa.
Z "Jedz brudniej" dowiesz się o tym czym charakteryzuje się nadprzepuszczalne (lub popularnie cieknące) jelito, jakie są jego konsekwencje i jak sobie z nim poradzić. Dowiesz się także, jak dzięki normalnemu, prawdziwemu jedzeniu można pewne konsekwencje wielu lat zaniedbań opanować. Będziesz mógł też dokonać autodiagnozy (myślę, że tutaj przydałaby się wizyta u specjalisty, który będzie w stanie dobrać indywidualne podejście - tylko nie wiem gdzie takiego szukać) i zastosować przepisy, bo i one się w tej książce znalazły, na różnego rodzaju dania, smoothies i naturalne kosmetyki, by sobie pomóc. Autor poleca też nasze narodowe przysmaki: kefir i kiszoną kapustę, z tym, że kefir najlepiej owczy lub kokosowy. 
Co oznacza tytułowe "jedz brudniej"? Zjadaj bakterie probiotyczne, zadbaj o swoje jelita. Rola mikrobioty jest nie do przecenienia, a autor tej pozycji o tym nie zapomina, ba poświęcił jej dużą część swojego życia i pracy naukowej (i zarobkowej).


Ponad 400 stron lektury pochłonęło mnie dokumentnie. A uwagi Josha Axe pomogły zastanowić się nad pewnymi objawami znanych mi osób. Uważam, że książka może stanowić pewnego rodzaju drogowskaz, podpowiedź jakie badania wykonać, jakie zdrowe pokarmy wprowadzić. Całość opisana jest w sposób przystępny, językiem, który nie kojarzy się z pseudonaukowym bełkotem. 

Uwaga! Mimo, że książka napisana jest w przystępny sposób i zawiera obszerną bibliografię nie zastąpi kontaktu ze specjalistą!

Josh Axe "Jedz brudniej i czuj się lepiej"
Wyd. Feeria (2016)
Liczba stron: 424
Okładka: miękka
Cena okładkowa: 37,90zł

czwartek, 13 października 2016

Kiszonki i fermentacje

Aleksander Baron bywa czasami porównywany do doktora Frankesteina polskiej gastronomii, nie boi się eksperymentować i stawać w poprzek obowiązujących trendów. Jednak jego najnowsza książka, jest zarówno niepokorna, jak i wpisująca się w ogólnoświatowe trendy. Mowa tutaj o "Kiszonkach i fermentacjach" pozycji nowej, ale już mogącej uchodzić za kultową. Jak udało mu się to osiągnąć?


Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal, zdjęcia zrobiła Małgosia Opala, znana chociażby z magazynu Food and Friends, Aleks Baron przygotował przepisy. Praca nad książką nie była przesadnie długa, lecz bardzo intensywna. Autor przyznaje, że potrafili siedzieć w restauracji Solec 44 wiele godzin, czasami praktycznie bez snu, by wyglądała tak, jak wygląda.

 Do zakupu "Kiszonek i fermentacji" nie trzeba nikogo specjalnie długo namawiać, a rekomendacja Sandora Elixa Katza jest najlepszą reklamą. Polak potrafi kisić i lubi siać ferment, przepisy na marynowane i fermentowane potrawy znajdują się w najstarszych woluminach kulinarnych, jednak spojrzenie Aleksa jest świeże i nowoczesne. Udało mu się w sposób jasny i klarowny przekazać podstawową wiedzę dotyczącą procesu fermentacji, wyjaśnić różnice pomiędzy kiszeniem, kwaszeniem i marynowaniem, pokazać techniki i narzędzia i udowodnić, że ukisić można praktycznie wszystko. Na ponad dwustu stronach znalazło się kilkadziesiąt przepisów na różnego rodzaju kiszone produkty, ale to nie wszystko. Książka nie byłaby pełna, gdyby nie pojawiły się w niej receptury z ich wykorzystaniem. Wśród nich klasyki - jak kiszona kapusta (lecz z twistem), znana z restauracji Solec 44 pietruszka i ogórki, ale także botwina w maślance i kiszone rzodkiewki, których moc może zaskoczyć. A przepisy na dania główne i przystawki, jak choćby kiszony bób czy zupa z jarmużu fermentowanego w maślance (przyszłoby wam do głowy fermentować jarmuż w maślance?), powalają na kolana. Dzięki Aleksandrowi Baronowi nabieram odwagi by spojrzeć na kiszonki w zupełnie inny sposób i podawać je także w formie deseru (Kiszona gruszka z sosem malinowym i kruszonką rozwala mój system).

To pozycja dla wszystkich miłośników kiszonek i nowoczesnej kuchni, ale nie zawiedzie także przeciętnego kolekcjonera książek kucharskich i zwolennika pięknych zdjęć. 


Promocja książki "Kiszonki i fermentacje" w Smolna8Studio. 




Aleksander Baron "Kiszonki i fermentacje"
Fotografie: Małgorzata Opala
Wyd. Pascal (2016)Liczba stron: 240
Okładka: twarda
Cena okładkowa: 64,90zł
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...